Ciężar biurokracji
  • 01
  • gru

Ciężar biurokracji

Znajomy właściciel fundacji opowiedział mi ostatnio swoją przygodę, która wspaniale obrazuje, z jakimi biurokratycznymi absurdami musimy sobie radzić w naszym kraju. Otóż fundacja znajomego ma, jak każdy biznes w Polsce, swój numer przeważającego PKD (zadeklarowany i wpisany do Krajowego Rejestru Sądowego) – jest to numer wskazujący po prostu na to, w jakiej branży działa dana firma. Realne znaczenie tego numeru jest między innymi takie, że na podstawie PKD ustala się wysokość składki wypadkowej ZUS – na przykład dla firmy z branży budowlanej czy przemysłowej składka ta będzie wyższa (bo większe jest ryzyko wypadku przy pracy), a dla firmy z branży typowo „biurowej” – niższa. Znajomy prowadzi właśnie działalność typowo biurową, więc na podstawie swojego PKD odprowadzał za swoich pracowników składki w minimalnej wysokości.

I wszystko było w porządku do dnia kontroli ZUS, która stwierdziła, że znajomy zaniżał swoje składki wypadkowe. Jak to się stało? Otóż okazało się, że składki ZUS powinno się wyliczać na podstawie PKD podanego w rejestrze REGON, a nie w rejestrze KRS. W wypadku większości firm PKD w obu rejestrach jest takie samo, ale – nie w wypadku fundacji. Główny Urząd Statystyczny, prowadzący rejestr REGON, nie uznaje PKD podanego w Krajowym Rejestrze Sądowym – uważa bowiem, że wszystkie fundacje zaliczają się do jednej branży pod nazwą „organizacje członkowskie”, niezależnie od tego, czy w ramach swojej działalności gospodarczej prowadzą biuro rachunkowe, czy produkują rury. A dla organizacji członkowskiej (którą fundacja notabene nie jest, bo nie może mieć członków, ale kogo to obchodzi) składki wypadkowe są uśrednione – wyższe niż dla działalności biurowej, a niższe niż dla przemysłowej. I tak znajomemu został wymierzony wyższy wymiar składki wypadkowej niż wszystkim innym firmom w jego sektorze, tylko dlatego, że działa akurat w formie fundacji, a nie na przykład spółki. Nie obyło się też bez kary finansowej. Oczywiście zanim sprawa została wyjaśniona, znajomy spędził cały dzień wisząc na telefonie, dzwoniąc na przemian do GUS i ZUS, i rozmawiając z coraz ważniejszymi urzędnikami aż do poziomu dyrektora departamentu (!), zanim komukolwiek udało się zrozumieć, jak to się dzieje, że firma ma jednocześnie dwa numery przeważającego PKD.

W wypadku znajomego ta luka prawna spowodowała, że musiał zapłacić ZUSowi więcej. Ale bardzo łatwo można sobie wyobrazić sytuację odwrotną. Nie ma żadnych przeszkód, żeby wielki zakład przemysłowy prowadził działalność w formie fundacji, płacąc w ten sposób znacznie niższą składkę wypadkową od swoich konkurentów, i w pełni legalnie uzyskując w ten sposób dodatkowe 1-2% zysku. W obie strony jest to jawne naruszenie zasad uczciwej rynkowej konkurencji.

Przykłady takich absurdów w polskim prawie można mnożyć. Cały rejestr REGON, prowadzony przez Główny Urząd Statystyczny jest w ogóle jednym wielkim dublowaniem pracy urzędników i przedsiębiorców. W całości mieści się on bowiem w rejestrze NIP, prowadzonym przez administrację skarbową – nie może istnieć żaden podmiot posiadający numer REGON, a nie posiadający numeru NIP. Po co w takim razie prowadzić rejestr REGON? Nikt nie wie. Od lat mówi się o jego likwidacji i ostatecznie miała tego dokonać „Konstytucja dla biznesu” wicepremiera Morawieckiego. Ale niestety po niedawnym ogłoszeniu rządowego projektu okazało się, że tak szybko (dwa lata po rozpoczęciu kadencji!) to się nie da i rząd likwidacją zbędnego rejestru zajmie się… w nieokreślonej przyszłości.

Kolejny przykład, dotykający każdego osobiście – miejsce zamieszkania i miejsce zameldowania. Od lat w Polsce funkcjonują dwa systemy rejestracji adresów mieszkańców: jeden system, w którym podaje się miejsce zamieszkania (czyli adres, pod którym się faktycznie mieszka), i drugi, w którym podaje się miejsce zameldowania (czyli adres, pod którym… właściwie nie wiadomo co). Miejsce zamieszkania w praktyce rejestrują urzędy skarbowe, natomiast bazę meldunkową prowadzi MSWiA. Istnienie równolegle dwóch systemów rodzi w praktyce idiotyczne sytuacje, w których człowiek nie wie, jaki adres ma podać na deklaracji podatkowej, jakimkolwiek formularzu urzędowym, albo na przykład przy podpisywaniu listy poparcia dla kandydata w wyborach. Jestem przeciwnikiem odchodzenia od obowiązku meldunkowego – choćby dlatego, że praktyka działania sądów pokazuje, że zamieszkanie pod nieznanym nikomu adresem jest bajecznie prostą metodą na unikanie wierzycieli (można wtedy podważyć każdy wyrok i każde zajęcie komornicze, powołując się na to, że nie wiedziało się o postępowaniu i nie miało się możliwości obrony). Lepiej byłoby zrezygnować z instytucji „miejsca zamieszkania”, zostawić sam meldunek i egzekwować faktyczne wykonywanie obowiązku meldunkowego. Ale lepiej już zrezygnować z meldunku, niż utrzymywać równolegle dwa systemy. Tymczasem parlament uchwalił ostatnio, że co prawda obowiązek meldunkowy oczywiście ma zostać zniesiony – ale nie teraz. Kiedyś.

Dublowanie się systemów rejestracyjnych to oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej problemów z polską biurokracją. Jednak to, że nasze rządy od lat nie potrafią sobie poradzić z tym zagadnieniem, jest znamienne – pokazuje ogólną niemoc państwa polskiego. Istnienie podwójnych rejestrów nie jest przecież czymś nierozwiązywalnym – niewielki zespół rządowych prawników, informatyków i urzędników powinien być w stanie taki problem rozwiązać jedną ustawą w ciągu kilku miesięcy (zostawiając oczywiście odpowiednio długie, nawet kilkuletnie vacatio legis wszystkim urzędom dla przystosowania swoich systemów informatycznych). Nie ma dla takiej reformy żadnych możliwych przeszkód ideologicznych, politycznych czy moralnych – kwestia jest czysto techniczna. Mamy nawet Ministerstwo Cyfryzacji, które wydaje się wręcz stworzone do walki z takimi właśnie problemami! Tymczasem latami ponosimy koszty istnienia podwójnych systemów – koszty o trudnych do oszacowania rozmiarach, bo chodzi tu nie tylko o koszty bezpośrednie (wynagrodzenia urzędników pracowicie obsługujących niepotrzebne systemy, czy utrzymanie infrastruktury informatycznej przechowującej niepotrzebne dane). Przede wszystkim obciążają nas koszty pośrednie: stracony czas obywateli na załatwianie dwa razy tej samej sprawy, czy sytuacje takie, jak przytoczona na początku historia mojego znajomego, który wszystko zrobił prawidłowo – tyle tylko, że oparł się na innym rejestrze niż ZUS.

NAJNOWSZE POSTY

Opodatkowanie sztuki i sztuka opodatkowywania

Nowy rok otworzył nowy rozdział w historii najpopularniejszego polskiego narzędzia do „optymalizowania” podatków, czyli umowy o dzieło z przeniesieniem praw autorskich.

Konstytucja Biznesu bez rewolucji

Od dawna zapowiadany przez Ministerstwo Rozwoju pakiet ustaw pod marketingową nazwą „Konstytucji Biznesu” został ostatnio uchwalony przez Sejm. Wielkie oczekiwania wobec Konstytucji Biznesu nabudowała charakterystyczna dla Mateusza Morawieckiego rewolucyjna retoryka, zgodnie z którą projekt ten ma jakoby odmienić oblicze polskiej gospodarki i przynieść jakieś nieokreślone, ale nadzwyczajne korzyści wszystkim przedsiębiorcom.

Polska w świecie 2017 - subiektywny przegląd

Rok 2017 należał do wielkich projektów międzynarodowych – tych głośnych, które nie schodziły z pierwszych stron gazet, ale też tych wprowadzanych dyskretnie i bez medialnej uwagi.

Japońska kolonizacja nadchodzi

Na początku grudnia Komisja Europejska ogłosiła, że „sukcesem” zakończyły się kilkuletnie negocjacje z Japonią i udało się wypracować zaakceptowany przez obie strony projekt porozumienia o wolnym handlu między UE a Japonią.

Studium legislacyjnego chaosu

Temat ochrony praw zwierząt jest chyba najczęściej pojawiającym się zagadnieniem legislacyjnym w tej kadencji Sejmu. Kolejne projekty ustaw, wyroki, artykuły i deklaracje pojawiają się i znikają tak często, że można by się spodziewać, że po dwóch latach od wyborów każdy poseł będzie miał tę sprawę gruntownie przemyślaną, i lada dzień będziemy mogli się cieszyć najlepszą możliwą do wyobrażenia ustawą o ochronie praw zwierząt.