Opodatkowanie sztuki i sztuka opodatkowywania
  • 09
  • mar

Opodatkowanie sztuki i sztuka opodatkowywania

Nowy rok otworzył nowy rozdział w historii najpopularniejszego polskiego narzędzia do „optymalizowania” podatków, czyli umowy o dzieło z przeniesieniem praw autorskich. Słowem wprowadzenia: od wielu lat umowy o dzieło obejmujące przeniesienie praw autorskich korzystają z bardzo atrakcyjnej „ulgi” podatkowej na poziomie 50%. Przekładając to na język pieniędzy – umowa o wykonanie „artystycznego” dzieła jest realnie opodatkowana PIT na poziomie 9%. Taka umowa o dzieło jest więc podatkowo jedną z najtańszych form legalnej pracy w naszym systemie.

W pomroce dziejów giną powody, dla których w ogóle stworzono taki przywilej podatkowy. Może któryś minister miał ambicję, by Polska stała się światowym liderem w dziedzinie sztuk pięknych? Może urzędnikowi projektującemu ustawę „dzieło” kojarzyło się tylko z malarstwem i uznał, że farby są drogie, więc artystów trzeba potraktować ulgowo? A może po prostu szef ZAiKSu dobrze się znał z jakimś dyrektorem w Ministerstwie Finansów? Tak czy inaczej, do polskiego prawa na stałe weszła idiotyczna zasada, że przygotowanie np. tekstu lub grafiki jest znacznie wyżej opodatkowane, kiedy przygotowuje ją pracownik zatrudniony na umowę o pracę, a znacznie niżej – kiedy tekst jest dostarczany na podstawie umowy o dzieło.

Jak to zwykle bywa z takimi przywilejami podatkowymi – są często używane, a jeszcze częściej nadużywane. Jeżeli opierać się na ogólnej liczbie corocznie zawieranych umów o dzieło z przeniesieniem praw autorskich, Polacy są bez wątpienia najbardziej artystycznym narodem świata. Szczególnie popularne są profesje: literata (praktycznie każdy samodzielnie napisany tekst jest objęty prawami autorskimi), grafika komputerowego, i oczywiście fotografa. Zapotrzebowanie na tego typu utwory, zwłaszcza w sektorze małych przedsiębiorstw, od lat przybiera niebywałe wręcz i stale rosnące rozmiary…

Żeby było jasne: w korzystaniu z tego typu umów przez pracowników i pracodawców nie widzę nic dziwnego ani nagannego – skoro system oferuje taką możliwość, to większość ludzi będzie zachowywać zgodnie z zasadami ekonomicznej racjonalności i ograniczy swoje wydatki na podatki. Zresztą w wypadku przedsiębiorców jest to wymagane dla przetrwania – na dłuższą metę przedsiębiorca dobrowolnie płacący wyższe podatki generalnie będzie przegrywał z konkurencją, która swoje podatki „optymalizuje”. Źródłem problemu jest więc system podatkowy, który tworzy tego rodzaju potworkowate narzędzia, które już na pierwszy rzut oka świetnie się nadają do unikania płacenia podatków w normalnej wysokości.

Oczywiście urzędnicy również nie są naiwni, i od lat trwa gra między przedsiębiorcami a skarbówką, którą można najprościej opisać: „my wiemy, że wy wiecie; a wy wiecie, że my wiemy, że wy wiecie”. Wiele sporów znajduje rozstrzygnięcie na salach sądowych, gdzie trwają bezustanne dyskusje o definicjach dzieła i utworu. I tak na przykład pozornie proste zagadnienie, czy wykład może być przedmiotem umowy o dzieło oraz czy spełnia definicję utworu – ma bardzo bogate, zróżnicowane i zmienne orzecznictwo.

Administracja skarbowa nieustannie naciska też na rząd, aby ograniczyć skutki fiskalne takiego uprzywilejowania umów o dzieło. Rząd PO wprowadził górny pułap uprzywilejowania – podatnik w danym roku podatkowym mógł korzystać z niższego opodatkowania tylko do określonej kwoty (ok. 40 000 zł), a przychody ponad tę kwotę były już normalnie opodatkowane. Koncepcja ta nie rozwiązywała może problemu, ale przynajmniej była względnie prosta w zastosowaniu i nie budziła większych wątpliwości interpretacyjnych.

Trudno więc zrozumieć, z jakiego powodu rząd PiS rozwiązanie to wyrzucił do kosza, a wprowadził za to własne, polegające na stworzeniu listy rodzajów umów, jakie mogą korzystać z niższego opodatkowania. Mianowicie 9-procentowy podatek przysługuje od początku roku wyłącznie, kiedy umowa o dzieło dotyczy działalności (art. 22 ust. 9b ustawy o PIT):
1) twórczej w zakresie architektury, architektury wnętrz, architektury krajobrazu, urbanistyki, literatury pięknej, sztuk plastycznych, muzyki, fotografiki, twórczości audiowizualnej, programów komputerowych, choreografii, lutnictwa artystycznego, sztuki ludowej oraz dziennikarstwa;
2) badawczo-rozwojowej oraz naukowo-dydaktycznej;
3) artystycznej w dziedzinie sztuki aktorskiej i estradowej, reżyserii teatralnej i estradowej, sztuki tanecznej i cyrkowej oraz w dziedzinie dyrygentury, wokalistyki, instrumentalistyki, kostiumografii, scenografii;
4) w dziedzinie produkcji audiowizualnej reżyserów, scenarzystów, operatorów obrazu i dźwięku, montażystów, kaskaderów;
5) publicystycznej.

Rozwiązanie to otwiera oczywiście gigantyczne pole do interpretacji. Żeby użyć tylko kilku przykładów zapytań, z jakimi zwrócili się do mnie klienci:
- czy „sztuki plastyczne” obejmują grafikę komputerową?
- czy „muzyka” obejmuje przygotowanie zapisu nutowego ćwiczeń wokalnych?
- czy „dziennikarstwo” albo „publicystyka” obejmuje artykuły na temat zdrowego odżywiania?
- czy „działalność twórcza w zakresie literatury pięknej” obejmuje też tłumaczenie cudzej powieści?

I tak dalej… Tam, gdzie do tej pory były tylko dwa sporne pojęcia („dzieło” i „utwór”) teraz mamy ponad trzydzieści kolejnych. I teraz podatnicy będą ciągnąć w swoją stronę, a urzędy skarbowe w swoją, zaś sądy administracyjne będą rozstrzygać kolejne spory, tworząc olbrzymie i (bez wątpienia) wewnętrznie sprzeczne orzecznictwo. Prawnicy i urzędnicy będą poświęcać (w skali kraju) dziesiątki i setki tysięcy godzin, żeby wywalczyć swoje; a zapłaci za to i budżet, i gospodarka narodowa.

Znowu ucierpi też poczucie bezpieczeństwa prawnego. Jest to instytucja niewymierna, ale na dłuższą metę bardzo istotna, i nieprzypadkowo w wielu badaniach to właśnie skomplikowanie, niejasność i zmienność przepisów prawnych są wymieniane jako najważniejsze bariery dla przedsiębiorczości w Polsce. Fakt, że zmiana przepisów dotyczących umów o dzieło nie była przedmiotem szczególnego zainteresowania i namysłu ze strony żadnej z największych partii parlamentarnych, pokazuje po raz kolejny, że polska klasa polityczna funkcjonuje w zupełnym oderwaniu od potrzeb i realiów biznesu.

NAJNOWSZE POSTY

Konstytucja Biznesu bez rewolucji

Od dawna zapowiadany przez Ministerstwo Rozwoju pakiet ustaw pod marketingową nazwą „Konstytucji Biznesu” został ostatnio uchwalony przez Sejm. Wielkie oczekiwania wobec Konstytucji Biznesu nabudowała charakterystyczna dla Mateusza Morawieckiego rewolucyjna retoryka, zgodnie z którą projekt ten ma jakoby odmienić oblicze polskiej gospodarki i przynieść jakieś nieokreślone, ale nadzwyczajne korzyści wszystkim przedsiębiorcom.

Polska w świecie 2017 - subiektywny przegląd

Rok 2017 należał do wielkich projektów międzynarodowych – tych głośnych, które nie schodziły z pierwszych stron gazet, ale też tych wprowadzanych dyskretnie i bez medialnej uwagi.

Japońska kolonizacja nadchodzi

Na początku grudnia Komisja Europejska ogłosiła, że „sukcesem” zakończyły się kilkuletnie negocjacje z Japonią i udało się wypracować zaakceptowany przez obie strony projekt porozumienia o wolnym handlu między UE a Japonią.

Ciężar biurokracji

Znajomy właściciel fundacji opowiedział mi ostatnio swoją przygodę, która wspaniale obrazuje, z jakimi biurokratycznymi absurdami musimy sobie radzić w naszym kraju.

Studium legislacyjnego chaosu

Temat ochrony praw zwierząt jest chyba najczęściej pojawiającym się zagadnieniem legislacyjnym w tej kadencji Sejmu. Kolejne projekty ustaw, wyroki, artykuły i deklaracje pojawiają się i znikają tak często, że można by się spodziewać, że po dwóch latach od wyborów każdy poseł będzie miał tę sprawę gruntownie przemyślaną, i lada dzień będziemy mogli się cieszyć najlepszą możliwą do wyobrażenia ustawą o ochronie praw zwierząt.